Moje życie - lata 1939-1946 - Barbara Michalik
1. Ostatnie przedwojenne lato. Wybuch wojny i wkroczenie Sowietów
Urodziłam się 24.11.1919 r. w Brześciu n. Bugiem w rodzinie Jana
Rodziewicza i Katarzyny z d. Skarpetkowskiej. Po zdaniu egzaminu
maturalnego w Brześciu rozpoczęłam w 1937 r. studia na Uniwersytecie
Stefana Batorego w Wilnie. Wybuch wojny zastaje mnie w Wilnie. Kopiemy rowy przeciwlotnicze, pełnię wyznaczone dyżury na strychu domu. W niedzielę, 17 września – jak grom z jasnego nieba spada wiadomość o wystąpieniu Mołotowa i zapowiedź zajęcia przez Związek Radziecki wschodnich ziem Polski. Ze
ściśniętym sercem patrzyliśmy na gorączkowo przygotowywaną ewakuację
pobliskiego starostwa, gdy w poniedziałek rano uderza nowa
nieprawdopodobna wiadomość: – „Polski lotnik zabił Hitlera, Berlin
płonie, polskie wojsko idzie na Prusy !!.” Pobudzeni uliczną plotką
wylegamy na ulice, żegnamy żołnierzy kwiatami, cukierkami. Uniesieniu
nie ma granic, tym straszniejsze jest wyjaśnienie, gdy ktoś woła:
„Wojsko Polskie opuszcza Wilno, ale nie idzie na Prusy, ucieka na Litwę,
bolszewicy już są na Lipówce, na przedmieściu!!!” Nocą toczą się walki o
dworzec kolejowy, o most na Wilii. Walczyła młodzież.
19
września przed bramą naszego zabytkowego domu stanął sowiecki czołg. W
dużej sklepionej bramie gromadzili się bez przerwy zaniepokojeni i
przybici lokatorzy. Przed Ostrą Bramą klęczące tłumy, szlochając modlą się do Królowej Korony
Polskiej. Jeżdżące uparcie wojskowe ciężarówki niemal ocierają się o
klęczących. Ulice zaśmiecone, wszędzie grupki ludności, przeważnie
żydowskiej, otaczają czerwonoarmistów, reklamujących życie w Związku
Radzieckim. W pewnym momencie dobiega mnie wypowiedź żołnierza: „u nas
nie ma więzień”. Tego nigdy bym nie wymyśliła! Propaganda do obłędu,
żołnierze w burych szynelach, broń na parcianych pasach, buty z
cholewami brezentowymi, nasyconymi dziegciem. Przeżywamy dekorowanie
miasta czerwonymi szmatami. Pamiętam, jak wszyscyśmy, lokatorzy domu,
płakali, gdy dozorczyni, także płacząc wyniosła z domu biało-czerwoną
flagę i oddzierając białą część – zawiesiła czerwoną resztę na bramie.
Po uruchomieniu komunikacji i ogłoszeniu zarządzenia obowiązującego
ludność napływową do opuszczenia miasta – wróciłam do Brześcia, do
rodziców. 2. Życie w Brześciu
Rodzinne miasto stało się obce.
Wszędzie obcojęzyczne napisy, niezrozumiałe szyldy. Czułam się
analfabetką, pozbawioną szans na | |